Notabene
Kochana – mówiła mi jeszcze na początku sierpnia – to bardzo zły rok. Umarła w połowie miesiąca. Przepowiedziała nam swoją śmierć? Przeczuwała? A sierpień stał się dla mnie miesiącem odchodzenia…
O Helenie Bohle-Szackiej myślę w różnych sytuacjach. Bez szczególnej podniosłości. Gdy np. przekładam kartę z tygodnia na tydzień w kalendarzu leżącym na biurku, gdy wychodzę z domu otulona jej szalem, prezentem bożonarodzeniowym, gdy zapada zmierzch, a ja chcę (to siła nieprzemożona) porozmawiać z kimś o zdarzeniu mnie poruszającym, o przeczytanym artykule, pośmiać się z żartu i już zupełnie na zakończenie usłyszeć: „Jesteśmy, słoneczko, na druciku”, choć już dawno bezkablowe połączenia zagościły w naszych domach. Często rozmawiałyśmy ze sobą, rzadko (coraz rzadziej) się spotykałyśmy. Mnie to wystarczało. Dlatego jestem wdzięczna, że w testamencie poprosiła o rozsypanie jej prochów gdzieś-tam po łąkach… Nikt nie wie gdzie.
Na cmentarze chodzę ‘z musu’. Uciekam z nich zaraz w popłochu. Kiedyś lubiłam ich ciszę, oazę refleksji – dziś mnie osaczają wspomnieniami, o których nie chcę pamiętać. A trzeba, taka tradycja. Łamać siebie?
Jesień tego roku nas rozpieszcza. Pierwszego listopada (pamiętam z dzieciństwa) wkładało się musowo zimowe odzienie. Lato już dawno było w kartonach, na dnie szafy albo w kufrze obłożone naftaliną. A tej jesieni chodzimy niemal w letnich kurteczkach, w wesołych, kolorowych szmatkach, w butach lekkich, a wysmukłe niewiasty nawet na szpilkach.
W telewizji dziewczę śliczne jak z obrazka wyznaje szczerze, że książek nie czyta. Ogłasza to z dumą, jakby fakt ten był oznaką awangardowej nowoczesności i jej osobistego bohaterstwa. W pismach reklamujących urządzenia mieszkań (zauważyli państwo?) nie ma książek na półkach, nie ma w ogóle regałów z książkami, co najwyżej rzucone niedbale pismo ilustrowane. Bo po co? W komputerze ma się wszystko, cały chłam świata nieprzebrany i do woli. To wystarcza, a nawet przerasta nasze możliwości. Tak jak tysiące wirtualnych jakoby przyjaciół na fejsbuku. C’est la vie! – jak mawiają Francuzi, a ja nieco parafrazując mówię: C’est la vista! Życie się zmienia, nie zawsze na lepsze.
Choć, przyznaję, nie ronię łez. Przypominam period z dziejów literatury XIX i początku XX wieku, wtedy, kiedy to rynki czytelnicze zalane zostały powieścidłami dla bardzo określonej publiki. Cechowała je ckliwość bazująca na schemacie ‘dziobnąć do łez’. Ich autorki, autorzy popularni natenczas, dziś są zupełnie nieznani; sezonowe mody mają prawo żyć krótkim życiem. A przecież potrzeba kontaktu z pisarstwem, która nie tylko rusza naskórek wrażliwości, a wchodzi w trzewia nie zginęła. Może warto wierzyć, że ta wrażliwość przekazana została kolejnym pokoleniom, nawet czytającym dziś książki w leptopie.

Jestem podobnego zdania jak Marek, pomomo iz kompiutera sie nie boje.
Ale taka wyczytana ksiazke bierze sie do reki.. pachnie ach!
ksiazka papierowa to ksiazka i taka zostanie przynajmniej jeszcze w naszej generacji ,chociaz jak pomysle, ze kiedys te tabliczki, rolki gliniane i zwoje tez sobie wysoko ceniono ,to czlek sie zamysla i mysli no tak za te 1000 lat to moze i chipsy nie beda aktualne i co wtenczas?
Jestem podobnego zdania jak Marek, pomomo iz kompiutera sie nie boje.
Ale taka wyczytan ksiazke bierze sie do reki.. pachnie ach!
ksiazka papierowa to ksiazka i taka zostanie przynajmniej jeszcze w naszej generacji ,chociaz jak pomysle ze kiedys te tabliczki i rolki gliniane i zwoje tez sobie wysoko ceniono ,to czlek sie zamysla i mysli no tak za te 1000 lat to moze i chipsy nie beda aktualne
„Dziobneło mnie do łez” (prawie) wspomnienie o P.Bohle-Szackiej. Serio. Od serca napisane i ładnie.
A odnośnie czytelnictwa: Czy czytanie papierowych książek różni tak wiele na od digitalnego? O co chodzi? Poza snobizmem, że niby pachną…(I takie tam argumenty w podobnym guście). że można sie na ich tle sfotografować? Ja osobiście mam sporą niechęć do „cegieł”. Może za często musiałem się (i innych) przeprowadzać i nosić te kartony po schodach. Spróbujcie! Gwarantuję, że też Was szlag trafi. Wolę mieć te 5000 volumenów na Kindle i nosić je wszystkie zawsze przy sobie.
Fakt – O Szackiej bardzo mile wspominania (tez bym chcial pozostawic po sobie tyle cieplych reflekscj), ale z panem sie nie solidaryzuje w sprawie ksiazek. Ksiazka pachnie, zyje, oddycha, przechodzi sie kolo niej, czasem siegnie z polki, czasem urodzi sie na nowo, bo po latach inaczej sie ja odbiera. Ale trzeba ja mniec „pod reka”, musi na nowo sprowokowac. W odbiorze digitalnym na pewno nie siega sie po raz drugi, trzeci. E tam… – powie sie, juz czytalem!
Pewnie jestes mlodym czlowiekiem, dlatego idziesz z wiatrem czasu. Ja, stara szkola… Pozdrawiam.