Notabene
Minęły grudniowe daty zapowiedzianego końca świata. Tylko meteoryt albo śmieć z kosmosu w noc wigilijną przeszył nieboskłon. Fataliści uczepieni złowieszczych scenariuszy, jak zawsze, budująco zmarnotrawią sobie radość życia wizją jakiego bądź kataklizmu. To ich karma. Dla innych natomiast nastał karnawał. Tak więc w tany, nie tylko dosłownie…
Sentymentalne opowieści moich przyszywanych ciotek balujących w czasie międzywojnia skoncentrowane były na wykwintnej kuchni, podkreślaniu kulturalnego obycia i szarmanckich manier. „A Bożesz ty mój, cóż to były za bale – wpadała we wspomnieniowy zachwyt jedna z nich. Podawano tartinki, misternie zdobione, na obiady serwowano bekasy, jemiołuszki i kwiczoły, a wszyscy byli, mileńka, tacy kulturalni, których z ‘czernią’ (tak ciotka nazywała pospólstwo PRL) równać nie można”. Bawiły mnie nieco te jej egzaltacje, opowieści o przystojnych porucznikach oczarowanych jej wdziękiem. Sama już pewnie nie wiedziała, ile w tym było prawdy, ile narosłej przez lata fantazji.
Pamiętam zabawną scenę z wytwornego obiadu u przyjaciół, u których bywała pani o pięknych manierach i równie pięknej polszczyźnie, dama II RP. Posadzono nieszczęśnicę przy dygnitarzu partyjnym (no cóż, trzeba było, takie czasy) a ten na swój proletariacko-wieśniaczy sposób zaczął ją adorować. To były sceny! Jejmość trzymała się dzielnie do deseru, potem mocno skrywając irytację – wyszła, na odchodnym sycząc synowi do ucha: „Przy koniuchu mnie posadziłeś, jak mogłeś!”
Tak… Socjalizm miał również swoje barwne liczka i swoją wyszukaną elegancję. Już w III RP wysłuchałam wyznań pereelowskiej majorowej, która mówiła, jak dobrze było niegdyś, jak w karnawale cudownie bawiono się w leśniczówce osypanej ojczyźnianym śniegiem, gdzie panowie galantni, a kawior łyżkami. Wtedy żyć się chciało! – mówiła. I sławiła ojczyznę ludową, jej wodzów, i jej sprzymierzeńców, którzy w łaskawości swej wielkiej, na ten zbytek zezwolili.
Ja sama łapię się na sentymentalnych wspominkach. Herbata podawana w szklance na szklanych podstawkach przywołuje miłe asocjacje, a aluminiowy sztuciec, to już ekstremum radości. Nawet chciałoby się powrócić do spożywania ryby dwoma widelcami z takiego lamusa. A bale? Najbardziej wyrył mi się w pamięci jeden ze szczytowej ery budowania Drugiej Polski Edzia Gierka. Bawiłam się w gronie medyków. Wśród nich był stomatolog, obok którego usadzono żonę jakiegoś prezesa. Nie omieszkała mu pokazać swoją jamę ustną, a on ofiarnie zajrzał w tę czeluść i coś tam profesjonalnie wymruczał. Żadnego skrępowania. Pomyślałam z wdzięcznością, że los mi łaskaw i oszczędza widoku cierpiących na hemoroidy.
Tym oto wesołym, ludycznym akcentem, kończę felieton i już tradycyjnie, dorzucam dygresję dotyczącą albumu „Polonii w obiektywie…” naszego narodowego artysty, który jak mniemam, będzie kolejny raz solidnie wypełniony pełnym garniturem polskiej dyplomacji, a Pan Konsul obdarzy go ciepłym słowem wstępnym. Obiecuję śledzić tę inicjatywę, z wiarą, że się znowu opłaci.





Witam. Na starcie pragnę szepnąć dobre słowo o tym blogu, uważam, że przyjemnie czyta się zamieszczane tu treści. Niewielu ludzi piszących w podobnym temacie może pochwalić się umiejętnością pisania językiem, który potrafi przyciągnąć mnie do przeczytania i skomentowania artykułu. „Notabene | AKCENTY” – ten napis już widnieje wśród moich zakładek
. Jestem pewna, że jeszcze niejednokrotnie odwiedzę tą stronę. Właśnie chcę założyć własnego bloga i zbieram wszystkie wskazówki, które mogą mi to ułatwić. Najtrudniejszym dla mnie aspektem jest część techniczna i optymalizacja bloga, która ma sprawić, żeby mój blog cieszył się popularnością.
Życzę miłego dnia – Kazimiera Tomaszewska
P.S. Super wygląd bloga, chciałabym mieć podobny.
Pani Regino, zdaje się, że przepowiednie zagłady dotyczą roku 2012. Nie chcę straszyć, ale to prawda! I dlatego warto żyć dniem na teraz! Ja np. zmieniam żonę, a po co mi ta starucha pod bokiem…
Wszyskie pani artykuly czytam z wielkim zainteresowaniem, z nie wszystkim sie zgadzam (czytalam zawsze na poczatek pani felietony w Akcentach). Ma jednak pani humor nie od parady i zdaje sie przygrzmocila kolejny raz berlinskim panom dygnitarzom. Zeby tylko sie nie obrazili, bo to pamietny gatunek urzednikow i raczej bez humoru. Bardzo wzruszyly mnie wspomnienia o Lilce Szackiej. To byl piekny felieton.
Pani artykuł przezabawny, a hemoroidy – to rozbawiły mnie i rodzinę do łez. Ma Pani rację, takie czasy były. A w ogóle dobrze mi robią takie felietony.
nie, nie
na widok aluminiowego widelca sie nie wzruszam , jeszcze siedzi PRL pod skora, moze za 50 lat zacznie byc dla mnie sentymentalny tak jak dla Pani cioci – sarmanckie huczne bale.
Ale musze przyznac Pani artykuly budza do refleksji i do smiechu takze.
Ciekawam nastepnych
Sarmatyzm kojarzę raczej z przywarami narodowymi. Ciocine wspominania autorki felietonu są bardziej kobiece, przywołują pamięć zalotów w młodości. Pani Kalicjo! Jeżeli zakłada się jeszcze 50 lat, no to było się w PRL zaledwie dzieckiem (20 lat po transformacji!). Zyczę dobrego wspominania aluminium!